CZY LUDZIE SĄ Z NATURY DOBRZY?
Osobiste trudne przeżycia wywołane wielką zewnętrzną presją potrafią wydobyć z nas najgorsze. O czym to świadczy?

Kilka lat temu, latem, moja żona i ja zorganizowaliśmy spotkanie niegdyś młodych par małżeńskich. Wszyscy poznaliśmy się wiele lat wcześniej jako świeżo poślubione pary, które przeprowadziły się do dużego miasta, zamieszkały blisko siebie i chodziły do tego samego kościoła. Żyjąc blisko siebie, robiliśmy razem wiele rzeczy i często się odwiedzaliśmy. Były wspólne wieczory z grami planszowymi, wycieczki i wakacje oraz cotygodniowe spotkania małej grupy czytającej Biblię. To był wspaniały czas. Jednak z upływem lat każda z par przeprowadziła się w inne części kraju, by podjąć nowe prace, zostać rodzicami i dostosować sic do życiowych zmian.
Przez te lata próbowaliśmy odnowić kontakt, aż w końcu wszystkim udało się przybyć na spotkanie. Wspaniale było poznać dzieci przyjaciół, posłuchać opowieści i ponownie cieszyć się dawną bliskością. Jako pastor w tej grupie przez lata byłem proszony przez wielu znajomych o udzielanie duchowych porad. Wiele godzin spędziłem na rozmowach telefonicznych z jedną z par, pomagając im w radzeniu sobie i wyzwaniami w ich nowym lokalnym kościele. Udzielałem im wskazówek, na czym się skupić, jak rozmawiać z pastorem, kiedy poruszać pewne kwestie przed radą kościelną i rym podobne. Niestety sprawy nie potoczyły się pomyślnie i ostatecznie opuścili ten kościół.
Siedząc w ogrodzie i ciesząc się letnim słońcem, dowiedziałem się, że nie tylko odeszli z tego kościoła, ale w ogóle przestali być chrześcijanami. Więcej, doszli do wniosku, że Boga nie ma. To było dla mnie szczególnie bolesne. Słuchając, jak opowiadają o swojej drodze do tej decyzji, przed oczami stanęły mi wspomnienia naszego wspólnego czasu: czytania razem Biblii, śpiewania przy ognisku, planowania wydarzeń w lokalnym kościele i wspólnych duchowych doświadczeń. Dla nich nie miało to już żadnej wartości.
W pamięci utkwiło mi jedno ich pytanie: „Właściwie to od czego miałbyś być zbawiony, przecież każdy człowiek jest w głębi duszy dobry?” Rozmyślając nad odpowiedzią, przypomniałem sobie historię sprzed półwieku, która nagle wróciła do mnie z całą mocą.
Lekcja z drugiej wojny światowej
5 czerwca 1953 roku statek SS Sibajak wpłynął do portu w Wellington w Nowej Zelandii po rejsie z Rotterdamu w Holandii. Liniowiec pasażerski przewoził holenderskich emigrantów. Gdy statek zawinął do portu, rodzina Vyverów zeszła na ląd, gotowa rozpocząć nowe życie w Nowej Zelandii. W skład rodziny wchodzili ojciec i matka, Jan i Jitske, oraz ich dzieci: Jelle (John), Pier (Peter), Hobbe (Harry), Gezina i Elizabeth. Gezina to moja mama. W 1953 roku miała pięć lat. Rodzina Vyverów była ocalałymi z drugiej wojny światowej — przeżyli okupację nazistowską we Fryzji, w mieście Leeuwarden. Mój dziadek Jan był członkiem holenderskiego ruchu oporu, tak zwanych onderduikers — „podziemnych”.
W roku 2002 odtajniono niektóre poufne dokumenty z okresu drugiej wojny światowej. W raporcie Office of Strategie Services (poprzednika CIA) z kwietnia 1945 roku (na miesiąc przed wyzwoleniem Holandii) napisano: „Podziemie zajmowało się głównie utrudnianiem działania niemieckiej administracji, zdobywaniem informacji wojskowych, politycznych i gospodarczych oraz opieką nad tak zwanymi onderduikers i ich rodzinami”.
Mój dziadek był zecerem, co czyniło jego umiejętności przydatnymi do zakłócania pracy niemieckiej administracji. Z powodu jego działalności w ruchu oporu nadszedł dzień, kiedy Niemcy zapukali do drzwi domu Vyverów. Dziadek ukrył się w małej skrytce za szafą. Drzwi otworzył wujek Peter, który był wtedy małym chłopcem, i — jak głosi rodzinna legenda — powiedział żołnierzom, że jego tata „chowa się w szafie”. Dziadka uratowało to, że Niemcy nie znali holenderskiego na tyle, aby zrozumieć, co w swojej dziecięcej niewinności powiedział do nich chłopiec. Przeszukali dom, ale nic nie znaleźli. Tego dnia moja rodzina została ocalona.
Urodziłem się w 1979 roku. Dziadek Jan żył jeszcze sześć lat. Jako dziecko nie interesowałem się specjalnie doświadczeniami mojego dziadka z czasów drugiej wojny światowej. Za to mój starszy o osiem lat brat namówił babcię, aby nagrała wywiad z dziadkiem za kasetę magnetofonową. Zrobiła to tylko raz. Teraz, gdy jestem starszy, ogromnie bym sobie cenił możliwość porozmawiania z moimi dziadkami o tamtych czasach. Jednak moja babcia również już nie żyje, a ja w dziecięcej głupocie nagrałem na tę kasetę z wywiadem coś zupełnie innego. Opowieści na niej nagrane przepadły. Zostały nam jedynie historie opowiadane podczas rodzinnych spotkań.
Mimo to pamiętam jedno zdanie z tej taśmy wypowiedziane przez babcię, i tym właśnie zdaniem podzieliłem się z moimi niewierzącymi przyjaciółmi, gdy mi powiedzieli, że w głębi duszy wszyscy jesteśmy dobrzy. Oto, co powiedziała moja babcia o tamtych czasach w Holandii: „Nie musiałeś się aż tak martwić Niemcami. To sąsiedzi byli tymi, na których musiałeś uważać”. W obawie o własne życie sąsiedzi zdradzali sąsiadów. Gdy podstawowe ludzkie pragnienie przetrwania osiągnęło najwyższy poziom, dobro znikało. Na powierzchnię wychodziły zdrada, złośliwość, przemoc, strach, nieuczciwość i egoizm. Dowiedzieliśmy się, że Niemcy przyszli wtedy do naszego domu, ponieważ dziadka wydał jeden z sąsiadów, z którym znali się od wielu lat.
To Jezus jest dobry, nie my
Wielu ludzi podziela dziś to przekonanie moich niewierzących przyjaciół — że nie potrzebujemy wcale zbawienia, bo wszyscy jesteśmy z natury dobrymi ludźmi. Od czego zatem mielibyśmy być właściwie zbawieni?
Szczerze? Potrzebuję zbawienia od samego siebie. Wiem, że w głębi duszy wcale nie jestem dobry; być może jestem wręcz zły. Wierzę, że gdyby presja była wystarczająco silna, tak jak podczas drugiej wojny światowej, zło prawdopodobnie wyszłoby ze mnie na wierzch. Wcale nie jesteśmy w głębi naszych serc dobrzy! Dobroć musimy wybierać. Jestem również przekonany, że każda czysta dobroć, którą możemy dziś osiągnąć, pochodzi wyłącznie z Bożej łaski i przez wiarę w Jezusa Chrystusa.
Biblia mówi o naturze człowieka już na samym początku. Gdy pierwsi rodzice zjedli zakazany owoc, w ludzkie doświadczenie wkradła się wrogość. „Ustanowię nieprzyjaźń między tobą a niewiastą, między twoim potomstwem a jej potomstwem” (Rdz 3,15) — powiedział Bóg do węża, który ich zwiódł. Dobroć, jedna z cech Boga, którą w nas umieścił, zaczęła zanikać. Zło zaczęło wyłazić na wierzch. Niedługo potem doszło do pierwszego aktu przemocy, który przyniósł pierwszą ludzką śmierć — Kain zamordował swojego brata Abla. Ta egoistyczna, nienawistna natura, przekazywana przez naszych pierwszych rodziców niczym zakodowana w naszym DNA, niesie problem zła z pokolenia na pokolenie (zob. Ef 2,1-3). Ludzie codziennie wyrządzają sobie nawzajem okropne rzeczy. Wystarczy spojrzeć na komentarze w mediach społecznościowych, aby zobaczyć, jak okrutni potrafimy być. Relacje o okrucieństwach popełnianych przez ludzi wobec innych są wszechobecne w naszym społeczeństwie, co pokazuje, że ludzie nie są z natury dobrzy.
Jest jednak nadzieja
Podobnie jak mój dziadek należał do ruchu oporu, tak i dziś istnieje ruch oporu — współczesny, światowy, podziemny ruch. Należy do niego dziś wielu ludzi, przez moc Jezusa Chrystusa. On pokonał zło, biorąc je na siebie, jak opisuje Księga Izajasza: „Lecz on nasze choroby nosił, nasze cierpienia wziął na siebie, a my mniemaliśmy, że jest zraniony, przez Boga zbity i umęczony. Lecz on zraniony jest za występki nasze, starty za winy nasze. Ukarany został dla naszego zbawienia, a jego ranami jesteśmy uleczeni” (Iz 53,4-5). Jezus poniósł karę za nasze złe czyny. „On poniósł grzechy wielu i wstawił się za przestępcami” (Iz 53,12).
Dzięki Niemu mogę otrzymać nową naturę, ponieważ Jezus, który naprawdę jest w głębi duszy dobry, na zawsze pokonał zło, abym mógł wymienić moje zło na Jego dobroć. Jeśli spojrzysz uważnie, zobaczysz, że dobro jest wokół ciebie, nawet pośród ciemności. To wszystko dzięki Jezusowi, i dzięki temu ja dzisiaj żyję.
TONY PARRISH
Źródło: Znaki Czasu 2/2015, ss. 12-14